Caleb dla Entertainment Weekly

Caleb Followill

Premiera siódmego albumu Kings Of Leon zbliża się wielkimi krokami, a zespół coraz częściej pojawia się w mediach, zdradzając coraz więcej szczegółów na temat nowego wydawnictwa, które ma ujrzeć światło dzienne już 14 października. Caleb Followill udzielił krótkiego wywiadu magazynowi Entertainment Weekly, którego tłumaczenie zamieszczamy poniżej.

Podczas pracy nad siódmym albumu rozstaliście się z Angelo Petralgią, swoim długoletnim producentem i połączyliście siły z Markusem Dravsem, znanym m.in. z pracy z Arcade Fire. Czy ta zmiana była dobra?

„Nie wiedzieliśmy, jak to będzie pracować z kimś z zewnątrz, ale gdy tylko weszliśmy do studia to wszystko zaczęło się układać. Zrobiliśmy więc to, co powinno się robić przy produkcji albumu: walczyliśmy ze sobą i pokochaliśmy się nawzajem.”

Przez lata działalności między członkami zespołu dochodziło do wielu różnych spięć, a w 2011 zrobiliście sobie nawet przerwę. Jak dogadujecie się między sobą teraz?

„Nigdy jeszcze nie było między nami tak dobrze. Bardzo lubimy to, co robimy i mamy ze sobą świetne relacje także poza samą muzyką. Wiele zespołów rozpada się po tylu latach, szczególnie takie zespoły, których członkowie są rodziną. My jednak jesteśmy teraz tak bardzo podekscytowani pracą nad muzyką, jak jeszcze nigdy.”

Czy były jakieś wyzwania podczas nagrywania albumu?

„Tworząc już siódmy album w dyskografii czasami miewa się takie momenty, w których człowiek myśli, co jeszcze może zrobić. Myślę czasem, że mogę napisać o tym i o tym, ale czy powinienem? Moja żona i chłopaki mówią mi wtedy, bym po prostu nie bał się tego, co niesie przyszłość.”

Jakie cele mieliście przy tworzeniu tego krążka?

„Chcemy zmienić to, jak odbierają nas ludzie. Na tym albumie jest zdecydowanie więcej głębi i więcej było też takich sytuacji, w których chcesz pójść na całość, ale ostatecznie tego nie robisz. Tym razem po prostu szliśmy na całość. Zdaję sobie sprawę z tego, jakie trendy panują obecnie w muzyce i że to, co robimy to nie jest koniecznie to, czego ludzie dziś słuchają, ale czuję, że gdy tylko słuchacze odkryją tę płytę to zmienią się pod jej wpływem.”

I jak się z tym czujecie?

„To jest kurewsko straszne! Mówisz sobie, że nie będziemy nagrywać w naszym studio, że nie skorzystamy z usług naszego producenta i że będziemy ostro walczyć, ostro pracować, by zrobić coś, czego jeszcze nigdy nie zrobiliśmy. To ciężkie, ale teraz gdy ćwiczymy te utwory w naszym studio to czujemy, że stworzyliśmy coś naprawdę dobrego.”

Caleb zdradza szczegóły nowego albumu

14072903_295776540783587_905779373_n

Kings Of Leon powracają do świata muzyki z nowym materiałem i powoli możemy zaczynać szaleństwo związane z promocją nowego, siódmego krążka, który najprawdopodobniej będzie nazywał się We Are Like Love Songs, na co mógł ostatnio wskazać Jared na swoim twitterze. Promocja nowego albumu oznacza także większą i częstą obecność na łamach różnych magazynów i już wiemy, że o powrocie Kings Of Leon znajdziemy trochę w najnowszym wydaniu magazynu Q.

A tam Caleb zdradził co nieco szczegółów:

  • Album nagrywany był w Los Angeles, a jego produkcją zajął się Markus Dravs, który ma na swoim koncie współpracę z m.in. Coldplay czy Florence and The Machine, a na koncie trzy statuetki Grammy. Na razie przyszłe wydawnictwo nie ma jeszcze oficjalnego tytułu, Walls pochodzi od piosenki o tym samym tytule, która znalazła się na krążku.
  • Pierwszym singlem, zgodnie z wcześniejszymi plotkami, ma być utwór „Waste A Moment” i jeśli wierzyć tym plotkom to zostanie on upubliczniony gdzieś w okolicach wrześniowego koncertu zespołu w Krakowie, który odbędzie się już 8 września w Tauron Arena.
  • Piosenka „Find Me” to historia miłosna, którą Caleb napisał dzięki Lily, która to opowiedziała mu swoją historię o nawiedzonym hotelu w Los Angeles, co wokalista grupy przerobił na swoje.
  • Z kolei utwór „Over” to opowieść o zmaganiach Caleba z uzależnieniem od alkoholu, przez które zespół musiał odwołać część swojego touru w 2011 roku. Followill zdradził, że nie jest to jednak jedyny na albumie kawałek, który ma bardzo osobiste podłoże.
  • A na koniec informacja najważniejsza: według najświeższych informacji, album ujrzy światło dzienne najprawdopodobniej już 14 października, czyli możemy zaczynać odliczanie!

Matt dla PremierGuitar

matt

Matt znalazł ostatnio chwilę, by porozmawiać z Corbinem Reiffem z portalu PremierGuitar.com i w wywiadzie mówił m.in. o procesie powstawania nowej płyty czy o planach zespołu na najbliższą przyszłość. Panowie sporo porozmawiali też o sprawach czysto technicznych i gitarowych, których nie zdecydowałem się przetłumaczyć, gdyż ekspertem od takich spraw nie jestem, a nie chcę napisać czegoś źle lub niezrozumiale. Cały wywiad, który składa się z trzech części, możecie przeczytać tutaj.

Wzięliście bardzo potrzebną przerwę przed pracą nad tym albumem. Jak to wpłynęło na proces tworzenia „Mechanical Bull”?

Przez długi czas żyliśmy naprawdę szybko, myślę że przez osiem czy dziewięć lat, więc dobrze nam to zrobiło. Wszyscy byliśmy bardzo podekscytowani, że znów jesteśmy razem i zaczynamy pracę nad albumem.

Czy podczas przerwy grałeś trochę na gitarze, czy wolisz odstawić ją, gdy nie nagrywasz lub nie jesteś w trasie?

Jestem pewien, że nie to ludzie chcą usłyszeć, ale gdy myślę o tym poprzednim roku to ledwo przypominam sobie jakiekolwiek granie na gitarze. To jednak trochę dziwne, ponieważ gdy wziąłem ją z powrotem w ręce to było to jak spotkanie ze starym przyjacielem, a ja byłem naprawdę podekscytowany ponownym graniem – i czułem jakbym był lepszym gitarzystą. Ciężko to wytłumaczyć.  To tak jak pracujesz nad muskułami, następnie robisz sobie tydzień przerwy, by muskuły się wydobrzyły i wtedy stają się one silniejsze.

Czy uważasz, że twoje podejście do grania się zmieniło?

Słuchałem sporo muzyki podczas tej przerwy, ponieważ przed „Come Around Sundown” miałem blokadę w pisaniu muzyki i zdecydowanie nie czułem się zbyt kreatywny. Słuchanie dużej ilości muzyki pomogło mi zobaczyć, co robią inni gitarzyści i inne zespoły. Nie analizowałem albumów wnikliwie, ani nic z tych rzeczy, ale myślę że znacząco mi to pomogło, gdy przyszedł czas na pisanie muzyki.

Czego słuchałeś?

To dziwne, ale wiele zespołów, które lubię nie ma mocnego gitarzysty. Jest taki zespół, który nazywa się Wild Nothing, który gra muzykę w brzmieniu pop/indie. Słuchałem albumu zespołu Horror pt. „Skying”, słuchałem też Tame Impala. Było też trochę klasycznych kawałków. Na jakiś czas powróciłem do słuchania Thin Lizzy, przez minutę także ZZ Top. Jednak nawet zespoły, które używają sporo syntezatorów pomogły mi wyobrazić sobie te syntezatory jako część gitarową, gdyż myślałem wtedy, jak mogę to przenieść na brzmienie gitary używając pedałów i innych takich rzeczy.

Gdy zjednoczyliście się, by pisać i nagrywać to jakie było wasze wspólne myślenie?

Pamiętam jedynie, że wciąż uspokajaliśmy się nawzajem, że ten album musi być świetny – albo przynajmniej, że musimy myśleć, że będzie świetny. Powtarzaliśmy: „Jeśli nie będzie świetny to zrobimy sobie po prostu dłuższą przerwę i nie wydamy albumu, póki nie pomyślimy – jako zespół – że jest świetny.” W przeszłości, zawsze czuliśmy presję – zazwyczaj to wytwórnia, która wsadzała nas do studia i mówiła „macie sześć tygodni.” Tym razem zbudowaliśmy własne studio i mieliśmy tyle czasu, ile chcieliśmy.

Biorąc pod uwagę całą tą negatywną prasę wobec zespołu, czy czuliście jakbyście mieli coś do udowodnienia?

Ciężko jest widzieć złe recenzje i być porównywanym do Creed czy Nickelback. Niezbyt rozumiem te porównania. W pewnym momencie trzeba po prostu mieć takie podejście, że „jest to coś, co kochamy robić, więc będziemy wciąż to robić, zapominać o tych wszystkich ludziach i wiedzieć, że są fani naszej muzyki.”

„Mechanical Bull” to krążek łączący różne odmienne style. Są elementy bluesowe, rocka stadionowego, country czy typowego rocka. Czy ciężko jest wypracować te różne stylistyczne tendencje zespołu?

Wszyscy mamy bardzo różne gusta, ale to wszystko składa się na całość. Ja lubię takie rzeczy z atmosferą – większe, o wiele bardziej znaczące piosenki jak „Beautiful War” i „Tonight” czy nawet „Coming Back Again”. Caleb z kolei lubi bardziej country, jak „On the Chin” i „Comeback Story”. Jared jest po trochu jak ja, więc to wszystko się razem nakłada. Jeden utwór może być bliski do utworu bluesowego czy country, a kolejny może być tym masywnie brzmiącym, który odnajdzie się na stadionie.

U2 wydaje się mieć wpływ na twoją grą, jeśli nie na cały zespół.

The Edge [gitarzysta U2] ma wielki wpływ. Wiele osób potrafi grać szybko i grać szalone solówki – i jest to zajebiste, sprawia że jest się naprawdę utalentowanym – ale ja myślę, że bycie zdolnym do napisania partii gitarowej, która zmienia cały utwór jest prawdziwym talentem. To piękna rzecz sama w sobie, a The Edge robi to świetnie.

Gdy graliście na wspólnej trasie z U2 w 2005 roku to mieliście jakieś większe relacje z Edge’em?

Mówiliśmy sobie „cześć” i tego typu rzeczy, ale nie wychodziliśmy gdzieś razem ani nie rozmawialiśmy o grze na gitarze. Raz się jednak zdarzyło, że jego technik pozwolił mi wejść na soundcheck i zobaczyć jego sprzęt, co totalnie zwaliło mnie z nóg. Wtedy miałem jedynie  gitarę, wzmacniacz, pedał pogłosowy na jeden utwór i przester na 45-minutowy set. Więc kiedy to zobaczyłem to pomyślałem jedynie „Boże, musi używać pięciu różnych pedałów tylko przy jednej piosence. To tworzy tylko jeden dźwięk, część się kończy, a on nie używa nawet tych pedałów ponownie!” Wiele ludzi mówi, że zmieniliśmy się po tamtej trasie. Pamiętam wspólną trasę z Secret Machines i ich gitarzysta – Benjamin Curtis – też miał zwariowaną liczbę pedałów. Wtedy pomyślałem sobie po raz pierwszy: „Możemy powinniśmy coś zmienić.”

(…)

Jak widzisz przyszłość zespołu?

Będziemy w trasie przez cały następny rok i naprawdę jesteśmy podekscytowani. Będzie jednak ciężko, ponieważ mamy tak wiele utworów. Kilka tygodni temu podjęliśmy decyzję, że zaczniemy grać dwugodzinne koncerty. Albo to, albo wykopiemy utwory, które wszyscy lubią i wtedy ludzie nie będą chodzili na zespoły i nie będą mogli usłyszeć tego, co chcą.  Po trasie zobaczymy co dalej. Albo od razu w 2015 wrócimy i nagramy kolejny album, albo jest możliwość zrobienia sobie kolejnej rocznej przerwy. Świetnie to zadziałało tym ostatnim razem. Wszystko było fajne i świeże, a my naprawdę i szczerze chcieliśmy to zrobić, w przeciwieństwie do tego, gdy wytwórnia mówi nam po prostu „musicie zrobić kolejny album.” Mamy się świetnie. Jesteśmy gotowi by dać czadu.

Jared dla HitFix

Jared Followill

Roześmialiście się, gdy dziennikarze pytali was, czy była szansa na to, że się rozpadniecie, szczególnie po zejściu Caleba ze sceny w Dallas w 2011 roku i odwołaniu dalszej trasy koncertowej, ale zdecydowanie nawet bracia mogą się podzielić. Czy ta przerwa od zawsze była planowana czy też myśleliście, że naprawdę możecie się rozpaść?

Tak naprawdę, to zaczęliśmy rozmowy o zrobieniu sobie przerwy po „Only By The Night” [w 2008 roku]. Po jego wydaniu mieliśmy zrobić sobie trochę wolnego. Okazało się, że „Only By The Night” wystrzeliło, a wytwórnia chciała, żebyśmy zrobili kolejny album, więc powiedzieliśmy sobie ‚Idźmy naprzód, zróbmy to i płyńmy wraz z sukcesem.’ Podczas gdy byliśmy w studiu przy nagrywaniu „Come Around Sundown” mówiliśmy ‚To nie do wiary, że znów nagrywamy. Tuż po tym wrócimy do koncertowania i robienia tego wszystkiego ponownie.’ Więc powiedzieliśmy sobie ‚Wiecie co? Po tym albumie zrobimy sobie rok wolnego.’

Gdy odwołaliśmy trasę to tak w zasadzie potem ją dokończyliśmy. Pojechaliśmy do Południowej Afryki i pojechaliśmy do Australii na miesiąc. Objechaliśmy Kanadę w kilka tygodni, ale ludzie myślą jedynie, że odwołaliśmy koncert w Dallas i potem zrobiliśmy sobie rok przerwy. Każda sprzeczka czy każda kłótnia miała związek z nocą w Dallas. Nie było to nic, co zbierało się przez jakiś czas. Ta roczna przerwa nie była wcale spowodowana tym, że myśleliśmy iż się rozpadniemy albo tym, że koniecznie musieliśmy od siebie odpocząć, ale bardziej tym, że chcieliśmy mieć trochę wolnego czasu i trochę normalnego życia.

Nie to, że prosisz o współczucie, ale życie w trasie może być bardzo wyniszczające.

Nasza praca nie jest taka ciężka, zabiera po prostu dużo czasu. Jest mnóstwo podróży i innych takich rzeczy, a wiele osób myśli sobie ‚Jej, podróżowanie po świecie, to niesamowite.’ I rzeczywiście takim jest. Ale jeśli podróżujesz, bo jest to częścią twojej pracy to staje się to troszkę mniej czarujące i zabiera odrobinę tej romantyczności z podróżowania po świecie, gdy jest to… coś, co robisz, by żyć. Mam na myśli to, że nigdy nie pomyślelibyśmy, że weźmiemy sobie pięcioletnią przerwę między albumami albo coś w tym stylu. Chcieliśmy jedynie mieć jeden rok, polecieć do domu w Nashville, surfować po internecie, pójść do Whole Foods i nie robić nic, być po prostu normalnymi ludźmi przez odrobinę czasu.

Wszyscy członkowie zespołu uczestniczą w procesie pisania utworów. Jak szybko wiecie, czy macie utwór czy też pracujecie jedynie nad czymś, co powinniście odrzucić?


Ciężko powiedzieć… nie jesteśmy superszybcy. Gdy idziemy nagrywać i zaczynamy pisać to będzie dosłownie jammować i grać dany utwór przez calutką godzinę. Czasem trzeba przeszukać ponad godzinę i 20 minut nagrań, a zawsze będzie się przesłuchiwało do końca, ponieważ wtedy naprawdę zaczyna cię to wciągać. Jammowaliśmy jednak około dwóch godzin przy niektórych fajnych utworach, zanim wiedzieliśmy że z nich nie skorzystamy.

Macie jednak zabawę…

Dokładnie. Wie się, jak już się je przesłucha. Można zrobić coś, co naprawdę fajnie się gra, a potem zabrać to do domu – nasz gość od dźwięku przegra nam to na CD – i posłuchać własnych jammów, które może się naprawdę fajnie grać, jednak mogą one brzmieć kiepsko albo po prostu mogą nam nie pasować.

Robiliście sobie nawzajem żarty w zasadzie przez cały czas wasze pobytu w studiu, czy to przez shock buzzery czy przez poduszki pierdziuszki. Wydaje, że dorastanie razem mogłoby sprawić, że przy żartach nie ma już żadnego zaskoczenia.

Wiem. Dziwną rzeczą jest to, że jest to fenomen, w który się wkręciliśmy. Gdy byliśmy dziećmi to tak naprawdę nie robiliśmy nic takiego, a teraz gdy jesteśmy dorośli to tak jakby cofnęliśmy się w naszej dojrzałości.

Jedną z najbardziej poruszających piosenek na albumie jest „On The Chin”, która jest o byciu dla kogoś i wspieraniu. Brzmi prawie tak, że mogłaby być o twojej rodzinie czy też bracia nigdy nie napisaliby czegoś tak miłego w stosunku do siebie nawzajem?

Tak wiele naszych piosenek może być interpretowanych na tak wiele różnych sposobów. W czasie, gdy tak naprawdę piszesz coś to może być to kompletną abstrakcją, a za rok, gdy coś ci się przydarzy i będziesz ponownie słuchał tego utworu to pomyślisz sobie ‚Wow, ta piosenka brzmi tak, jakby była idealnie napisana do tej sytuacji.’ Ale przy tym utworze [„On The Chin”], częściowo, Caleb zaczął pisać tekst dla jednego ze swoich przyjaciół, dla swojego koleżki JD. Tak naprawdę to jest o tym, potem słyszysz utwór i może to znaczyć tak wiele. Można dopasować wiele różnych sytuacji. Może być tu utwór dla każdego z nas, może być dla naszych żon. Lubię utwory, które są otwarte na interpretacje.

Album jest nie tylko lekki i przyjemny, jest też dawka humoru przy promocji, włączając w to wesoły klip z obsadą „It’s Always Sunny In Philadelphia”. Zdaje się, że zespół zdecydował się przestać brać wszystko na poważnie. Dlaczego?

Zdecydowanie. Myślę, że to po prostu stawanie się coraz starszym i posiadanie rodzin. Przestajesz brać siebie tak bardzo na poważnie. Czuję, że wcześniej za bardzo martwiliśmy się o te wszystkie rzeczy. Gdy zadebiutowaliśmy to chcieliśmy być inni i chcieliśmy lekko szokować, więc staraliśmy się wyglądać dziwnie, mieć wąsy, długie włosy i robiliśmy wiele rzeczy, patrząc na to teraz prawdopodobnie świadomie, by się wyróżniać, ponieważ byliśmy chyba troszeczkę nieśmiali jeśli chodziło o naszą muzykę. Każdy z nas po prostu zaczął grać, zaczęliśmy pisać utwory, a żaden z nas nie był naprawdę dobrym w grze na danym instrumencie. Więc w zasadzie było tak, że potrzebowaliśmy czegoś, by ludzie nas zauważyli, a teraz jesteśmy w zupełnie innym położeniu, jesteśmy o wiele bardziej pewni siebie i czujemy, że możemy być sobą.

źródło: HitFix

Caleb i Nathan dla ShortList

kol_shortist

Zaraz wydacie pierwszy album od trzech lat. Czy czujecie się jak gdyby to był comeback?

Nathan: Nie, myślę że wszyscy po prostu rozdmuchali tę jednoroczną przerwę, którą sobie wzięliśmy do niedorzecznych proporcji. Ludzie myśleli, że było to gorsze, ale my wiemy że to nieprawda. Potrzebowaliśmy króciutkiej przerwy. I album jest bardzo dobrym przykładem, który pokazuje, dlaczego dobrym było zrobienie sobie tej przerwy.

Czy decyzja o wzięciu sobie wolnego zapadła po czy przed odwołaniem części trasy koncertowej w 2011 roku? Czy było wtedy jakieś spotkanie zespołu?

Caleb: Po pierwsze, na początku tamtej trasy koncertowej mieliśmy chyba najgorętsze lato w historii USA. W większości mieliśmy grać na zewnątrz w lipcu i sierpniu, więc na początku nie było w ogóle mowy o odwołaniu trasy. Potem, po kilku występach, mówiliśmy sobie „To nas wykończy.” Po każdym koncercie potrzebowaliśmy kroplówek, by uzupełnić płyny.

Nathan: Było gorąco. I pamiętam, że po koncercie w St. Loius ludzie mówili „Perkusista miał takiego kaca, że musiał być podłączony do kroplówki tylko po to, by móc grać!”

Jak ciężkie się to stało?

Caleb: Z moim zdrowiem było całkiem źle. Można funkcjonować jedynie dzięki kroplówkom przed każdym występem, zastrzykom sterydów, by móc śpiewać i takim rzeczom. Strasznie się męczyliśmy. Wspólnie, jako zespół, byliśmy właśnie w takim punkcie. Mówiliśmy sobie „Albo zrobimy sobie przerwę, albo to może być nasza ostatnia trasa koncertowa, którą robimy.” Okropnie było odwoływać koncerty, czułem się przez to strasznie. Ale wolałbym odwołać jeden koncert i wrócić na 20 kolejnych aniżeli żyć jak wtedy.

Mając to na uwadze, Jared napisał też słynnego tweeta, że mieliście „problemy… większe niż nie wypicie wystarczającej ilości Gatorade”. Czy bycie w zespole z własnymi krewnymi może spowodować problemy?

Nathan: Tak, to znaczy, w zespole perkusista i wokalista niekoniecznie muszą o takich rzeczach rozmawiać. Ale w drodze powrotnej do domu będę rozmawiał z moim bratem. Myślę, że to stąd pochodzi ta brutalna szczerość. Jesteśmy ze sobą bardzo blisko i każdy z nas może powiedzieć, kiedy ktoś kłamie. Brwi pójdą w górę i będą zdawały się mówić „Gówno prawda”. Nigdy nie obchodzimy się wzajemnie jak z jajkiem. To mój brat, więc powiem mu, jeśli mnie wkurza.

Caleb: Czasem prościej jest mi porozmawiać z nimi poprzez piosenkę, aniżeli usiąść i powiedzieć, co czuje. Robiłem więc tak czasami.

Czy kiedykolwiek myśleliście o tym, by nagrywać osobno, jak The Strokes?

Nathan: Cóż za nieszczęśliwa egzystencja by to była. Nie ma na świecie wystarczającej ilości pieniędzy czy sławy…

Caleb: Tak, prędzej zawiesiiłbym moje kowbojskie buty na kołku.

Czy kiedykolwiek dochodziło między wami do rękoczynów?

Nathan: O tak, pamiętam że pewnej nocy się pobiliśmy z powodu dziewczyny. Była ostatnią dziewczyną w barze, a ja i Caleb wymyśliliśmy sobie, że pójdzie do domu z jednym z nas, więc zrobił się z tego konkurs. Następnie zaczęliśmy się bić, ona wyszła, my cały czas się biliśmy, ochroniarz nas rozdzielił, położył ręce na Calebie, co sprawiło że się wkurzyłem, „Nie dotykaj mojego brata” [śmiech]. Zaczęliśmy więc naparzać ochroniarza, a następnego dnia mieliśmy wielką sesję zdjęciową. Na fotografii moje okulary są sklejone super-glue, Caleb ma na nosie okulary, a pod spodem make up – to było po prostu kure*sko śmieszne. Następnego dnia nie wiedzieliśmy już nawet o co się pobiliśmy.

Obaj zostaliście niedawno ojcami, a wszyscy członkowie zespołu są teraz żonaci. Czy sesje nagraniowe do nowego albumu były bardziej spokojne?

Caleb: Były całkiem relaksujące. Mieliśmy swoje własne miejsce, więc mogliśmy przyprowadzić wszystkich naszych przyjaciół. Czasem nasz producent się odrobinę złościł, ponieważ mieliśmy określone ramy czasowe, kiedy to musieliśmy pracować… ale mieliśmy też tam kosz do koszykówki [śmiech]. Naprawdę jesteśmy wielkimi dziećmi, więc robiliśmy te wszystkie dowcipy i kawały.

Na przykład?

Caleb: Na przykład jeśli ktoś coś podniósł to my wkładaliśmy pod to petardę, żeby to wybuchło.

Nathan: Raz był tak głośny wybuch, że nasz inżynier dźwięku musiał iść do szpitala na sprawdzenie uszu [śmiech]. Na całe szczęście nie było to tak poważne, jak mogłoby być.

Więc było to coś na poziomie poduszki-śmierdziuszki na desce do miksowania?

Caleb: Mieliśmy mysz na sznurku, którą chowaliśmy w filiżankach kawy…

Nathan: …i te fasolki, które mają okropny smak.

Caleb: Co dziesięć minut staraliśmy się też, by ktoś użył długopisu z elektryczną końcówką. Powiedziałbym, że nasz pierwszy album był jedynym, przy którym mieliśmy podejście „Kurde. Ktoś poświęca dla nas swój czas, musimy wziąć się do roboty.” Czy to przy nagrywaniu „Only By The Night” graliśmy wall-ball? Każdego wieczoru. Producenci musieli wychodzić na zewnątrz i błagać nas, byśmy wrócili i nagrywali. Mówili „Chłopcy, prosimy, czy moglibyśmy coś dostać?” Nagrywaliśmy utwory między graniem, w przeciwieństwie do grania między utworami [śmiech]. Ale, wiesz, to sprawia, że jest rozluźnienie. Było fajnie.

Wydaje się żeby zdecydowanie nie wierzyć tej wizji was jako poważnego zespołu…

Nathan: Nie biorąc pod uwagę tej całej zabawy, to jedno z większych nieporozumień, co do nas. Zawsze się wygłupialiśmy, ale myślę, że teraz czujemy się po prostu o wiele bardziej komfortowo we własnych skórach.

Caleb: Dodam też, że jak już masz dzieciaka to jest to jedyna rzecz, która się tak właściwie liczy. Jak już to się stanie to uświadamiasz sobie, że jesteś szczęściarzem, iż możesz budzić się każdego dnia, zakładać gitarę, grać muzykę wraz z braćmi i mieć ludzi, którym naprawdę podoba się to, co robisz. Jesteśmy największymi szczęśliwcami na całym świecie.

Nathan: Ludzie myślą, że jesteśmy poważni, bo na scenie liczy się dla nas tylko biznes. Są takie rzeczy, których ludzie w tłumie nie mogą usłyszeć, ale jesteśmy perfekcjonistami.

Mówiąc o reakcjach widowni, widzieliśmy tego gościa, który cały się rozebrał na jednym z ostatnich występów w Wielkiej Brytanii.

Nathan: Kiełbaska z Birmingham.

Caleb: Najśmieszniejszą w tym rzeczą był trzymający go przyjacieł, który ręcę miał dokładnie na jego tyłku [śmiech].

Nathan: Wszyscy o nim tweetowaliśmy, „Kiełbaska z Birmingam. To było zajebiste. Musisz przyjść i z nami jutro wypić.” Spotkaliśmy się z nim na backstage’u.

Mogę spytać, jak go zweryfikowaliście? Fotografia była całkiem rozmyta….

Nathan: [Śmiech] Było z 20 gości, którzy twierdzili, że są nim, więc musieliśmy po kolei ich eliminować. „Nie. Nie. Zdecydowanie nie. Tak, to on!”

Czy takie incydenty was nie rozpraszają?

Nathan: Och, to nas roproszyło [śmiech]. Na szczęście, cała widownia patrzyła jedynie na niego, a nie na nas.

Caleb: No i stało się to podczas „Sex On Fire”, więc mógłbym odejść od mikrofonu i pozwolić zaśpiewać tłumowi.

Ta piosenka totalnie żyje sobie własnym życiem. Czy kiedykolwiek rozważaliście, by jej nie grać?

Caleb: Tak, szybko jej się to udało. Powiedziałbym, że dwa lata temu zdecydowanie były takie momenty, że gdy graliśmy kilka naszych mniej znanych utworów – wszystkie stare rarytasy – to ludzie szli sobie po piwo czy po prostu się wysikać. Potem graliśmy „Sex On Fire”, a my byliśmy jak „Aargh!” Pogodziłem się z tym. Grając ten utwór czuje się jakby ktoś pukał mnie w plecy, żebym pomyślał, no wiesz, że my to ten utwór stworzyliśmy i nieważne gdzie się znajdziemy to zawsze będzie taka reakcja.

Nathan: Plus, fajnie jest patrzeć jak mrówki maszerują z łazienki. Mam na myśli to, że jak tylko ten utwór się kończy to widzi się ludzi, którzy szturmują wyjścia. I wychodzi, że „OK. Właśnie zapłaciliście £40 funtów za jeden utwór, w porządku.”

Minęło już ponad 10 lat od wydania waszego pierwszego albumu. Co myślicie teraz, gdy patrzycie wstecz na te wcześniejsze dokonania?

Caleb: Słucham trochę naszych wcześniejszych rzeczy i lubię je. Myślę jednak, że było to troszkę wymuszone, na przykład sposób, w jaki śpiewam. Ponieważ ja naprawdę nie chciałem, żeby odbiorca rozumiał, co śpiewam…

Nathan: Misja zakończona powodzeniem na dwóch pierwszych albumach [śmiech]. Są piosenki, w których śpiewam chórki i cały czas nie mam pojęcia, co on śpiewa, jeśli mam być szczery.

A czy z czułością patrzycie na te lata z brodami, szelkami i za małymi t-shirtami?

Caleb: Niektóre rzeczy są trochę żenujące, ale tęsknię za włosami. Teraz tak jakby trochę do tego wracam. Mam małą walizeczkę, do której spakowałem wszystkie moje stare koszulki.

Nathan: Ja swoje raz wyjąłem i nawet moja córka nie mogła ich włożyć.

Caleb: Moja żona, która jest szczupłą osobą, włożyła raz mój sweter i dosięgał jej tutaj [Caleb pokazuje palcem ponad pępek]. Powiedziała „Nie zwykłeś chyba tego nosić.” A ja na to „Nosiłem ten sweter każdego dnia całej trasy.”

Czy są jakieś inne warte uwagi pamiątki, które zachowaliście?

Caleb: Moja żona raz mówi „Pamiętasz to?” i wyciąga jakieś malutkie bikini. W pierwszą noc, którą razem spędziliśmy, zdjąłem spodnie i miałem na sobie to bikini, a ona zaczęła się śmiać. Mówiłem „Z czego się kur*a śmiejesz?” A ona na to „Naprawdę to nosisz?”, na co ja „Tak.” Ale teraz już tego nie zakładam. Zdecydowałem się chodzić bez bielizny.

źródło: ShortList.com

Nathan dla Rolling Stone

Nathan na koncercie w Sao Paulo

Przed Wami przetłumaczony wywiad Nathana dla magazynu Rolling Stone, w którym perkusista mówi m.in. o nagrywaniu szóstego krążka w dyskografii zespołu, a także zdradza że nikt w grupie nigdy nawet nie brał pod uwagę rozpadu.

Biorąc pod uwagę trochę dziwnych zachowań na scenie w 2011 roku, nie wspominając już o napięciu między tobą a Calebem, czy kiedykolwiek myślałeś, że to już koniec zespołu?

Nie. Ludzie pytają nas o to i gdy zapytasz któregokolwiek z nas to powiemy „Nie ma takiej opcji.” Będąc zespołem rodzinnym byliśmy skazani na ten niezręczny pierwszy raz podczas jakiegoś występu, podczas Gwiazdki czy podczas Święta Dziękczynienia. Nie mogliśmy tego uniknąć. Jeśli zespół się nawet zatrzymywał to i tak wciąż jesteśmy rodziną i wciąż byśmy się widywali. Więc nie było takiej myśli w głowie żadnego z nas. Wszyscy wiedzieliśmy, że potrzebujemy przerwy, ale wiedzieliśmy też, że to nie był koniec.

Jak patrzysz na erę Come Around Sundown z perspektywy czasu?

Ten album zniósł z nas post-grammy’owską presję z naszych pleców. To było zdecydowanie przed czasem. Ale był to album, który musieliśmy zrobić w tamtym momencie naszego życia. Rzuciliśmy podkręconą piłkę i zrobiliśmy dokładnie przeciwieństwo tego, czego spodziewali się ludzie. Wszyscy oczekiwali sześciu kolejnych piosenek jak „Use Somebody”, tej formuły sukcesu. Był to tak zakręcony album i zakręcony tour, że potrzebowaliśmy przerwy, by zrobić krok w tył.

Jak zebraliście się, by znów robić muzykę?

Zrobiliśmy sobie przerwę, oczywiście, i każdy z nas odpoczywał w swoim własnym małym świecie. W listopadzie zeszłego roku zaczęliśmy rzucać pomysłami w tym gównianym miejscu, które kupiliśmy, a potem zamieniliśmy na studio. To pierwszy album, gdy nie mieliśmy szansy pisać w trasie. Na soundcheckach zwykliśmy grać nowy materiał i na końcu trasy mieliśmy dziesięć czy jedenaście nowych pomysłów. Przy tym albumie, musieliśmy wrócić do planu, wedle którego stworzyliśmy pierwszy album, kiedy zamknęliśmy się w naszym domu i ryzykowaliśmy.

Więc skąd wiedzieliście, kiedy utwór wychodzi, a kiedy nie?

To nasz szósty album, więc tak jakby już wiemy. Zauważa się jednak takie małe rzeczy, jak np. to że ktoś tupie nogą albo ktoś przez cały dzień w studio gwiżdże jakąś melodię. Ma się takie małe znaki. Ale przez większość czasu musieliśmy wracać do naszej tablicy i mówić „Kontynuujemy ten utwór czy tutaj robimy stop i zajmujemy się czymś innym?” Na całe szczęście dla nas wszyscy jesteśmy w tej samej przestrzeni, a zrobienie sobie przerwy pozwoliło nam ponownie zakochać się w tym, co robimy, by żyć. Robimy to, na czym się znamy od 12 lat, czyli łapiemy za nasze instrumenty i gramy.

Każdego dnia wchodziliśmy do studia i graliśmy to, nad czym pracowaliśmy i interesujące było usłyszeć, jak to brzmi. Jest kilka utworów, które można by uważać za ballady country, nawet jeśli nie są one piosenkami w stylu country. Jeden utwór ma w sobie więcej brzmienia Queens of the Stone Age. Inny brzmi z kolei bardziej jak Sly and the Family Stone. To dotyczy wszystkich utworów.

Kilka utworów z albumu, jak „Family Tree” i „Don’t Matter” ma w sobie głośniejsze, luźniejsze brzmienie niż utwory z dwóch poprzednich albumów.

Zdecydowanie. „Family Tree” to utwór, który brzmi tak, jak byśmy złapali za instrumenty i poszli wraz z rytmem, a w zasadzie tak właśnie było. Ten utwór zawiera takie przestrzenie, z którymi szliśmy na tym albumie. „Don’t Matter” to jeden z ostatnich nagranych utworów: „Potrzebujemy jeszcze jednego szybkiego, zobaczymy co się stanie.” Dosłownie napisaliśmy go tamtego dnia w około 15 minut.

Masz 7-miesięczne dziecko, a Calebowi urodziła się w zeszłym roku dziewczynka. Jak to zmieniło lub wpłynęło na zespół?

Teraz jest o wiele więcej dziecięcych butelek aniżeli butelek piwa (śmiech). Staraliśmy się jednak utrzymać album w tak rock-and-rollowej konwencji jak to tylko możliwe. Zrobiliśmy jeden utwór, który ostatecznie nie wylądował na płycie – są na nim imiona naszych wszystkich dzieci. Zatrzymaliśmy go wewnątrz, by grać go dla naszych żon.

Zrobienie tego albumu było naprawdę zabawne. Spędziliśmy 80 procent czasu na robieniu żartów na próbach i 20 procent na właściwej pracy.

Jaki był najbardziej szalony żart?

Znaleźliśmy takie małe eksplodujące rzeczy, które możesz podłożyć pod w zasadzie wszystko. Wybucha najgłośniej w świecie. Pod koniec robienia albumu, patrzyliśmy jak wzdrygający się ludzie próbowali się łapać wszystkiego, co było pod ręką jak np. instrumentu, magazynu czy pilota od telewizora. Wtedy nie mieliśmy o tym pojęcia, ale nasz inżynier dźwięku miał problemu z uchem i jednego dnia nieźle go urządziliśmy – potrójny ładunek wybuchowy. To nie skończyło się dobrze. Potrzebna była wycieczka do laryngologa. Ale świetnie się bawiliśmy.

Matt dla radia Kerrang!

Matt został m.in. zapytany o to, jak to jest z rotacją piosenek, bo przecież wiadomo, że granie nowych piosenek eliminuje z setlisty kilka innych utworów. Matthew powiedział, że jest to ciężkie, naprawdę trudno jest wybrać, ale przyznał też, że w takim wypadku być może zespół powinien po prostu grać dłużej, by wykonać więcej utworów.

Padło też pytanie o to, czy „Mechanical Bull” rzeczywiście przypomina pierwsze albumy zespołu, bo jest to powszechna opinia po wydaniu „Supersoaker”. Matt odpowiedział jednak, że ciężko jest mu to stwierdzić, a z opiniami powinno się zaczekać dopiero po wysłuchaniu całego krążka. Wydaje się, że dotychczasowe utwory z albumu naprawdę podobają się ludziom, a więc Matt nie może doczekać się już, aż fani będą mogli przesłuchać cały album, który dla gitarzysty jest „ulubionym”.

Matt został także zapytany, czy przy wydawaniu albumu cały czas towarzyszą emocje i niepewność, co ludzie powiedzą i czy płyta im się spodoba. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że wciąż tak jest, a teraz tych emocji jest jeszcze więcej. Podobnie jest z graniem nowych utworów na żywo. Nie zabrakło również pytania o przerwę i o to, czy w jakiś sposób mogła ona pomóc w nagrywaniu krążka, na które Matt odpowiedział, że ta przerwa była potrzebna i zdecydowania pomogła.

Na sam koniec Matthew zdradził też, że zespół będzie sporo podróżował w przyszłym roku, kiedy to promocja szóstego albumu ruszy pełną parą. Z wywiadu dowiedzieliśmy się też, że Matt i Johanna mają drugie dziecko (wcześniej nie była to oficjalnie potwierdzona informacja). Warto przesłuchać całość.