Nathan dla Rolling Stone

Nathan na koncercie w Sao Paulo

Przed Wami przetłumaczony wywiad Nathana dla magazynu Rolling Stone, w którym perkusista mówi m.in. o nagrywaniu szóstego krążka w dyskografii zespołu, a także zdradza że nikt w grupie nigdy nawet nie brał pod uwagę rozpadu.

Biorąc pod uwagę trochę dziwnych zachowań na scenie w 2011 roku, nie wspominając już o napięciu między tobą a Calebem, czy kiedykolwiek myślałeś, że to już koniec zespołu?

Nie. Ludzie pytają nas o to i gdy zapytasz któregokolwiek z nas to powiemy „Nie ma takiej opcji.” Będąc zespołem rodzinnym byliśmy skazani na ten niezręczny pierwszy raz podczas jakiegoś występu, podczas Gwiazdki czy podczas Święta Dziękczynienia. Nie mogliśmy tego uniknąć. Jeśli zespół się nawet zatrzymywał to i tak wciąż jesteśmy rodziną i wciąż byśmy się widywali. Więc nie było takiej myśli w głowie żadnego z nas. Wszyscy wiedzieliśmy, że potrzebujemy przerwy, ale wiedzieliśmy też, że to nie był koniec.

Jak patrzysz na erę Come Around Sundown z perspektywy czasu?

Ten album zniósł z nas post-grammy’owską presję z naszych pleców. To było zdecydowanie przed czasem. Ale był to album, który musieliśmy zrobić w tamtym momencie naszego życia. Rzuciliśmy podkręconą piłkę i zrobiliśmy dokładnie przeciwieństwo tego, czego spodziewali się ludzie. Wszyscy oczekiwali sześciu kolejnych piosenek jak „Use Somebody”, tej formuły sukcesu. Był to tak zakręcony album i zakręcony tour, że potrzebowaliśmy przerwy, by zrobić krok w tył.

Jak zebraliście się, by znów robić muzykę?

Zrobiliśmy sobie przerwę, oczywiście, i każdy z nas odpoczywał w swoim własnym małym świecie. W listopadzie zeszłego roku zaczęliśmy rzucać pomysłami w tym gównianym miejscu, które kupiliśmy, a potem zamieniliśmy na studio. To pierwszy album, gdy nie mieliśmy szansy pisać w trasie. Na soundcheckach zwykliśmy grać nowy materiał i na końcu trasy mieliśmy dziesięć czy jedenaście nowych pomysłów. Przy tym albumie, musieliśmy wrócić do planu, wedle którego stworzyliśmy pierwszy album, kiedy zamknęliśmy się w naszym domu i ryzykowaliśmy.

Więc skąd wiedzieliście, kiedy utwór wychodzi, a kiedy nie?

To nasz szósty album, więc tak jakby już wiemy. Zauważa się jednak takie małe rzeczy, jak np. to że ktoś tupie nogą albo ktoś przez cały dzień w studio gwiżdże jakąś melodię. Ma się takie małe znaki. Ale przez większość czasu musieliśmy wracać do naszej tablicy i mówić „Kontynuujemy ten utwór czy tutaj robimy stop i zajmujemy się czymś innym?” Na całe szczęście dla nas wszyscy jesteśmy w tej samej przestrzeni, a zrobienie sobie przerwy pozwoliło nam ponownie zakochać się w tym, co robimy, by żyć. Robimy to, na czym się znamy od 12 lat, czyli łapiemy za nasze instrumenty i gramy.

Każdego dnia wchodziliśmy do studia i graliśmy to, nad czym pracowaliśmy i interesujące było usłyszeć, jak to brzmi. Jest kilka utworów, które można by uważać za ballady country, nawet jeśli nie są one piosenkami w stylu country. Jeden utwór ma w sobie więcej brzmienia Queens of the Stone Age. Inny brzmi z kolei bardziej jak Sly and the Family Stone. To dotyczy wszystkich utworów.

Kilka utworów z albumu, jak „Family Tree” i „Don’t Matter” ma w sobie głośniejsze, luźniejsze brzmienie niż utwory z dwóch poprzednich albumów.

Zdecydowanie. „Family Tree” to utwór, który brzmi tak, jak byśmy złapali za instrumenty i poszli wraz z rytmem, a w zasadzie tak właśnie było. Ten utwór zawiera takie przestrzenie, z którymi szliśmy na tym albumie. „Don’t Matter” to jeden z ostatnich nagranych utworów: „Potrzebujemy jeszcze jednego szybkiego, zobaczymy co się stanie.” Dosłownie napisaliśmy go tamtego dnia w około 15 minut.

Masz 7-miesięczne dziecko, a Calebowi urodziła się w zeszłym roku dziewczynka. Jak to zmieniło lub wpłynęło na zespół?

Teraz jest o wiele więcej dziecięcych butelek aniżeli butelek piwa (śmiech). Staraliśmy się jednak utrzymać album w tak rock-and-rollowej konwencji jak to tylko możliwe. Zrobiliśmy jeden utwór, który ostatecznie nie wylądował na płycie – są na nim imiona naszych wszystkich dzieci. Zatrzymaliśmy go wewnątrz, by grać go dla naszych żon.

Zrobienie tego albumu było naprawdę zabawne. Spędziliśmy 80 procent czasu na robieniu żartów na próbach i 20 procent na właściwej pracy.

Jaki był najbardziej szalony żart?

Znaleźliśmy takie małe eksplodujące rzeczy, które możesz podłożyć pod w zasadzie wszystko. Wybucha najgłośniej w świecie. Pod koniec robienia albumu, patrzyliśmy jak wzdrygający się ludzie próbowali się łapać wszystkiego, co było pod ręką jak np. instrumentu, magazynu czy pilota od telewizora. Wtedy nie mieliśmy o tym pojęcia, ale nasz inżynier dźwięku miał problemu z uchem i jednego dnia nieźle go urządziliśmy – potrójny ładunek wybuchowy. To nie skończyło się dobrze. Potrzebna była wycieczka do laryngologa. Ale świetnie się bawiliśmy.

Reklamy

Caleb o „Mahattan”

Utwór jest w pewnym sensie o takiej nieszczęśliwej historii, która się zdarzyła, ale którą zmiata się pod dywan. Nikt tak naprawdę nie lubi o tym mówić. Początek piosenki jest o pięknie i wolności, a potem na końcu jest o tym, jak to wszystko jest zabierane. A mimo to cały czas masz nadzieję, że – mimo że w jakiś sposób zostało to zapomniane, ja lubię tak myśleć – że niektórzy z nas mają wewnątrz tego ducha. Żyć z uśmiechem na twarzy, chcieć pójść i zatańczyć oraz rozkoszować się tym całym pięknem, które mamy.

Caleb musiał brać sterydy

Wszyscy doskonale pamiętamy w jak poważne kłopoty z piciem popadł Caleb Followill. Teraz okazuje się, że wokalista miał aż takie problemy, że zmuszony był brać zastrzyki sterydowe, by zachować swój głos. Problem alkoholu od zawsze obecny był w grupie, ale nasilił się podczas letniej trasy koncertowej w 2011 roku, kiedy to Kings Of Leon promowali swój piąty krążek w dyskografii, „Come Around Sundown”. Sam Caleb tłumaczył to na łamach magazynu Q w ten sposób:

„Gdy żyje się tak szybko lub pracuje się tak szybko, jak my żyliśmy i pracowaliśmy to człowiek łapie pewien rytm. Wtedy dzieje się tak, że jeśli dziś mam wyjść na scenę i być zajebistym to najpierw muszę wypić parę drinków. I będę potrzebować zastrzyków sterydowych, by móc śpiewać. Po jakimś czasie to cie po prostu przerasta.”

Przerosło na pamiętnym koncercie w Teksasie, kiedy to Caleb dał niezły „popis” i rozzłościł fanów zespołu. Również przez tamten incydent nasiliły się plotki mówiące o tym, jakoby grupa miała się rozpaść właśnie przez problemy z alkoholem Caleba. Wydaje się, że to był moment przełomowy, w którym wokalista zrozumiał, do czego prowadzi alkoholizm. Od tamtego momentu 31-latek pije jedynie okazjonalnie, a niedawno wyznał, że odstawił alkohol na ponad rok:

„Rzuciłem picie na około rok. Potrzebowałem przerwy. Wyluzowałem się i wiem, kiedy jest czas, by zachowywać się swobodnie, a kiedy nie.”

Okazało się też, że grupa nigdy nie rozważała nawet pożegnania się z Calebem, a więc plotki o tym, że ten miałby odejść z zespołu były mocno przesadzone. Followill powiedział zresztą, że on nigdy nie miał zamiaru odchodzić z grupy, dodając jeszcze „Jak grupa złożona z braci mogłaby się rozpaść?”. Na całe szczęście, nic takiego się nie stało i nie zapowiada się, aby w przyszłości czekało nas coś podobnego. Kings Of Leon są w świetnej formie, po jednorocznej przerwie wrócili w naprawdę wielkim stylu („Mechanical Bull” trafi na półki sklepowe już w drugiej połowie września!), a Caleb ma też teraz małego anioła stróża w postaci Dixie Pearl, która skutecznie może odciągać swojego tatę od problemów.

Matt dla radia Kerrang!

Matt został m.in. zapytany o to, jak to jest z rotacją piosenek, bo przecież wiadomo, że granie nowych piosenek eliminuje z setlisty kilka innych utworów. Matthew powiedział, że jest to ciężkie, naprawdę trudno jest wybrać, ale przyznał też, że w takim wypadku być może zespół powinien po prostu grać dłużej, by wykonać więcej utworów.

Padło też pytanie o to, czy „Mechanical Bull” rzeczywiście przypomina pierwsze albumy zespołu, bo jest to powszechna opinia po wydaniu „Supersoaker”. Matt odpowiedział jednak, że ciężko jest mu to stwierdzić, a z opiniami powinno się zaczekać dopiero po wysłuchaniu całego krążka. Wydaje się, że dotychczasowe utwory z albumu naprawdę podobają się ludziom, a więc Matt nie może doczekać się już, aż fani będą mogli przesłuchać cały album, który dla gitarzysty jest „ulubionym”.

Matt został także zapytany, czy przy wydawaniu albumu cały czas towarzyszą emocje i niepewność, co ludzie powiedzą i czy płyta im się spodoba. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że wciąż tak jest, a teraz tych emocji jest jeszcze więcej. Podobnie jest z graniem nowych utworów na żywo. Nie zabrakło również pytania o przerwę i o to, czy w jakiś sposób mogła ona pomóc w nagrywaniu krążka, na które Matt odpowiedział, że ta przerwa była potrzebna i zdecydowania pomogła.

Na sam koniec Matthew zdradził też, że zespół będzie sporo podróżował w przyszłym roku, kiedy to promocja szóstego albumu ruszy pełną parą. Z wywiadu dowiedzieliśmy się też, że Matt i Johanna mają drugie dziecko (wcześniej nie była to oficjalnie potwierdzona informacja). Warto przesłuchać całość.

Kings Of Leon będą współorganizatorami festiwalu jedzenia, który odbędzie się w przyszłym miesiącu w rodzinnym mieście muzyków, czyli w Nashville. Festiwal trwać będzie dwa dni (21-22 sierpnia). Music City Eats to impreza składająca się z różnych wydarzeń, takich jak choćby koncerty muzyczne, spotkania z szefami kuchni czy smakowanie potrwa. Jonathan Waxman, jeden z organizatorów, mówi o genezie Music City Eats:

„Kilka lat temu, Caleb Followil po cichutku wślizgnął się do mojej restauracji Barbuto w Nowym Jorku. Zyskaliśmy więź dzięki rozmowom o jedzeniu i muzyce i przez wiele naszych konwersacji Caleb cały czas pytał, czemu w jego rodzinnym Nashville nie ma żadnego festiwalu jedzenia i wina.”

W czasie trwania festiwalu odbędzie się też Petty Fest Nashville, gdzie różni wykonawcy będą składać hołd muzyce Toma Petty’ego. Obok Kings Of Leon wystąpią m.in. The Black Keys czy Norah Jones.